2011-12-03 15:06:00
W dzisiejszych czasach sport to biznes. Jest wielu przeciwników tej teorii, trudno jednak się z nią nie zgodzić. Profesjonalny klub to przedsiębiorstwo. Musi dobrze funkcjonować w realiach rynkowych, wręcz gonić za klientem. Dziś mecz nie jest jedyną atrakcją, konkurencja między dostarczycielami rozrywkami jest naprawdę duża. Cała struktura ma kształt koła. Kibiców napędzają wyniki. Te z kolei gwarantuje mocny skład, który natomiast jest opłacany przez sponsorów, ale także z dochodów ze sprzedaży biletów.
Żużel to sport szczególnie wymagający pod względem finansowym. Zawodnicy często mają spore wymagania co do zarobków. Są one po części dyktowane przez kosztowne przygotowanie sprzętowe do sezonu, a także zabezpieczenie na późniejszą część roku. Dopięcie budżetu jest pierwszym elementem, od którego zależy skuteczność działaczy w kwestii budowania stabilnej marki, jaką powinien stać klub sportowy. Znalezienie możnego sponsora to zazwyczaj klucz do walki o najwyższe lokaty. Nie otwiera on jednak wszystkich zamków. Gdyby to robił, recepta na sukces byłaby zbyt prosta. Myślenie w kierunku pozyskania jednego, silnego sponsora, który ma rozwiązać wszelkie problemy jest zbyt płytkie i często prowadzi do zguby.
Słowa ekonomicznych ekspertów o światowym kryzysie nie są tylko wywoływaniem medialnej burzy. Należy stawić czoła temu zjawisku, niestety odbija się to na wielu dziedzinach życia społecznego, także na sporcie żużlowym. Potencjalni dobroczyńcy oglądają każdą złotówkę jeszcze uważniej niż kilka lat temu. Stąd mechanizm budowania stabilności finansowej klubu musi być nieco bardziej złożony. Musi on być przede wszystkim wiarygodnym partnerem. Kiedy dana firma wkłada pieniądze, oczekuje minimalizacji ryzyka i realnej promocji swojej marki. Rzeczy te może zdobyć przez świadomość, iż na najwyższych stanowiskach znajdują się odpowiedni ludzie. Wykazać się pożądanymi cechami mogą w chwilach, kiedy sytuacja nie jest do końca różowa. Umiejętne dysponowanie środkami, odpowiedni poziom przewidywania sytuacji w miarę toku sezonu, a także późniejszych lat stawiają działaczy, a w konsekwencji całą organizację w zupełnie innym świetle.
Okienko transferowe to okres nad wyraz gorący. Kibice w rozmowach prześcigają się w wizjach budowy składu, wymarzonych nazwisk, spekulacjach. Często zapominają, że w fantazjach nie istnieje podstawowe ograniczenie, z którym mierzą się włodarze ich zespołów: wysokość planowanego budżetu. Potęgę klubu łatwo stworzyć, kiedy w grę wchodzi potężny sponsor, najczęściej tytularny. Wykłada pieniądze na wielkie nazwiska, fani są zachwyceni, transfery stają się tematami numer jeden w gazetach i portalach internetowych. Tymczasem drużyny na lata nie sposób zbudować w rok, wydając fortunę na kontrakty. Jest to proces dłuższy, wymagający cierpliwości. Przykłady sukcesów i porażek są bardzo proste. Mistrzowski Falubaz Zielona Góra starał się łączyć zawodników związanych z klubem długimi kontraktami, jak Piotr Protasiewicz, z nowymi ogniwami, choćby w postaci Andreasa Jonssona. Wielu z nas pamięta z kolei sytuację sprzed kilku lat, gdy toruński Apator ściągnął do siebie wspomnianego Protasiewicza i Jasona Crumpa, kiedy w składzie był już wielki Tony Rickardsson. Mimo wielkich ambicji skończyło się srebrnym medalem, który w Toruniu przyjęto jako porażkę.
Władze Ekstraligi próbują ułatwić działaczom zadanie i wyrównać szanse na kilka sposobów. Jednym z nich, bardzo kontrowersyjnym jest zmniejszenie możliwych uczestników Grand Prix w składzie do zaledwie jednego. Jest to zapis w teorii korzystny. Zawodnik z elity naturalnie powinien mieć większe wymagania finansowe, jego pozycja powinna bowiem gwarantować wyższy poziom sportowy. Przepis ten ma jednak drugie dno. Na rynku bardzo pożądani stali się zawodnicy spoza cyklu, zwłaszcza krajowi, którzy mogą być nie uzupełnieniem, lecz znaczącym elementem drużyny. To właśnie oni podnoszą obecnie swoje wymagania, zdając sobie sprawę z tego, jak ich pozycja negocjacyjna urosła w wyniku zmiany regulaminu. Dochodzi do tego, że podobne pieniądze, który byłyby wydawane na zawodnika z Grand Prix, są przeznaczane na jednego czy dwóch jeźdźców o mniej znanych nazwiskach. Nie jest to oczywiście równoznaczne z tym, że ich poziom jest niższy. Natomiast to jest właśnie pole do popisu dla działaczy. Wybierając z szerszego grona zawodników mają oni większe pole manewru, ale także większą szansę na popełnienie błędu. Muszą oddzielić naprawdę wartościowych od tych, którzy jedynie korzystają z nowej furtki.
To właśnie tu jest podstawowy punkt, do którego powinni odnosić się kibice Polonii w obecnym okresie. Budowanie stabilności i wiarygodności klubu wydaję się być podstawowym celem, jaki postawili sobie nim zarządzający. Właściwie jako jedyny zespół jesteśmy niemal pewni jak będzie wyglądał nasz skład w nowym roku. Do jego zamknięcia brakuje już tylko podpisu Artioma Łaguty. Wbrew wielu głosom cieszyć powinno nas także odejście Grzegorza Walaska. Nie jest mowa tu o względzie sportowym, klasy byłego już kapitana naszej drużyny nikt nie podważa. Chodzi o zdecydowane stanowisko, że klub nie weźmie na swoje barki zobowiązania, którego nie będzie mógł spełnić. To wyraźny sygnał, że odpowiedzialność to pojęcie bardzo bliskie najważniejszym gabinetom na ulicy Sportowej. Młody skład na miarę możliwości, wizja spokojnego odbudowywania potęgi klubu to właśnie dwa elementy, które powinny przyciągnąć na bydgoskie trybuny rzesze kibiców spragnionych czarnego sportu na najwyższym poziomie.
Autor: Filip Jurkiewicz
Żużel to sport szczególnie wymagający pod względem finansowym. Zawodnicy często mają spore wymagania co do zarobków. Są one po części dyktowane przez kosztowne przygotowanie sprzętowe do sezonu, a także zabezpieczenie na późniejszą część roku. Dopięcie budżetu jest pierwszym elementem, od którego zależy skuteczność działaczy w kwestii budowania stabilnej marki, jaką powinien stać klub sportowy. Znalezienie możnego sponsora to zazwyczaj klucz do walki o najwyższe lokaty. Nie otwiera on jednak wszystkich zamków. Gdyby to robił, recepta na sukces byłaby zbyt prosta. Myślenie w kierunku pozyskania jednego, silnego sponsora, który ma rozwiązać wszelkie problemy jest zbyt płytkie i często prowadzi do zguby.
Słowa ekonomicznych ekspertów o światowym kryzysie nie są tylko wywoływaniem medialnej burzy. Należy stawić czoła temu zjawisku, niestety odbija się to na wielu dziedzinach życia społecznego, także na sporcie żużlowym. Potencjalni dobroczyńcy oglądają każdą złotówkę jeszcze uważniej niż kilka lat temu. Stąd mechanizm budowania stabilności finansowej klubu musi być nieco bardziej złożony. Musi on być przede wszystkim wiarygodnym partnerem. Kiedy dana firma wkłada pieniądze, oczekuje minimalizacji ryzyka i realnej promocji swojej marki. Rzeczy te może zdobyć przez świadomość, iż na najwyższych stanowiskach znajdują się odpowiedni ludzie. Wykazać się pożądanymi cechami mogą w chwilach, kiedy sytuacja nie jest do końca różowa. Umiejętne dysponowanie środkami, odpowiedni poziom przewidywania sytuacji w miarę toku sezonu, a także późniejszych lat stawiają działaczy, a w konsekwencji całą organizację w zupełnie innym świetle.
Okienko transferowe to okres nad wyraz gorący. Kibice w rozmowach prześcigają się w wizjach budowy składu, wymarzonych nazwisk, spekulacjach. Często zapominają, że w fantazjach nie istnieje podstawowe ograniczenie, z którym mierzą się włodarze ich zespołów: wysokość planowanego budżetu. Potęgę klubu łatwo stworzyć, kiedy w grę wchodzi potężny sponsor, najczęściej tytularny. Wykłada pieniądze na wielkie nazwiska, fani są zachwyceni, transfery stają się tematami numer jeden w gazetach i portalach internetowych. Tymczasem drużyny na lata nie sposób zbudować w rok, wydając fortunę na kontrakty. Jest to proces dłuższy, wymagający cierpliwości. Przykłady sukcesów i porażek są bardzo proste. Mistrzowski Falubaz Zielona Góra starał się łączyć zawodników związanych z klubem długimi kontraktami, jak Piotr Protasiewicz, z nowymi ogniwami, choćby w postaci Andreasa Jonssona. Wielu z nas pamięta z kolei sytuację sprzed kilku lat, gdy toruński Apator ściągnął do siebie wspomnianego Protasiewicza i Jasona Crumpa, kiedy w składzie był już wielki Tony Rickardsson. Mimo wielkich ambicji skończyło się srebrnym medalem, który w Toruniu przyjęto jako porażkę.
Władze Ekstraligi próbują ułatwić działaczom zadanie i wyrównać szanse na kilka sposobów. Jednym z nich, bardzo kontrowersyjnym jest zmniejszenie możliwych uczestników Grand Prix w składzie do zaledwie jednego. Jest to zapis w teorii korzystny. Zawodnik z elity naturalnie powinien mieć większe wymagania finansowe, jego pozycja powinna bowiem gwarantować wyższy poziom sportowy. Przepis ten ma jednak drugie dno. Na rynku bardzo pożądani stali się zawodnicy spoza cyklu, zwłaszcza krajowi, którzy mogą być nie uzupełnieniem, lecz znaczącym elementem drużyny. To właśnie oni podnoszą obecnie swoje wymagania, zdając sobie sprawę z tego, jak ich pozycja negocjacyjna urosła w wyniku zmiany regulaminu. Dochodzi do tego, że podobne pieniądze, który byłyby wydawane na zawodnika z Grand Prix, są przeznaczane na jednego czy dwóch jeźdźców o mniej znanych nazwiskach. Nie jest to oczywiście równoznaczne z tym, że ich poziom jest niższy. Natomiast to jest właśnie pole do popisu dla działaczy. Wybierając z szerszego grona zawodników mają oni większe pole manewru, ale także większą szansę na popełnienie błędu. Muszą oddzielić naprawdę wartościowych od tych, którzy jedynie korzystają z nowej furtki.
To właśnie tu jest podstawowy punkt, do którego powinni odnosić się kibice Polonii w obecnym okresie. Budowanie stabilności i wiarygodności klubu wydaję się być podstawowym celem, jaki postawili sobie nim zarządzający. Właściwie jako jedyny zespół jesteśmy niemal pewni jak będzie wyglądał nasz skład w nowym roku. Do jego zamknięcia brakuje już tylko podpisu Artioma Łaguty. Wbrew wielu głosom cieszyć powinno nas także odejście Grzegorza Walaska. Nie jest mowa tu o względzie sportowym, klasy byłego już kapitana naszej drużyny nikt nie podważa. Chodzi o zdecydowane stanowisko, że klub nie weźmie na swoje barki zobowiązania, którego nie będzie mógł spełnić. To wyraźny sygnał, że odpowiedzialność to pojęcie bardzo bliskie najważniejszym gabinetom na ulicy Sportowej. Młody skład na miarę możliwości, wizja spokojnego odbudowywania potęgi klubu to właśnie dwa elementy, które powinny przyciągnąć na bydgoskie trybuny rzesze kibiców spragnionych czarnego sportu na najwyższym poziomie.
Autor: Filip Jurkiewicz













































































